THE DOORS „Live at The Isle of Wight Festival 1970

Po tym koncercie zespół spotkał się na scenie jeszcze tylko dwa razy.

THE DOORS „Live at The Isle of Wight Festival 1970

∗∗∗

Roadhouse Blues | Band Introduction | Back Door Man | Break On Through | When The Music’s Over | Ship Of Fools | Light My Fire | The End (Medley: Across The Sea | Away In India | Crossroads Blues | Wake Up)

Bonus DVD:

This Is The End – featurette

skład: Jim Morrison – śpiew, Robbie Krieger – gitara, Ray Manzarek – instrumenty klawiszowe, John Densmore – perkusja

 

Słucham tego zespołu od 1991 roku i pewnie tak już pozostanie, po prostu trudno mi rozstać się z tym rodzajem sztuki. Od wielu lat regularnie ukazują się nowe wydawnictwa sygnowane nazwą The Doors, bazujące na zasobach archiwalnych nagrań koncertowych i każde takie wydawnictwo witam z radością, a moje kolekcja nagrań poszerza się. Tylko w ubiegłym roku ukazała się znakomita kompilacja nagrań singlowych “The Singles” oraz ponownie zmiksowane dwa pierwsze albumy zespołu, wydane tym razem z etykietą “50-th Anniversary Edition”. Mam to wszystko, i kupuję znowu, pozwalając żyć dostatnio prawnukom Kriegera i Maznzarka, choć na półce stoją przecież albumy z okazji 40 rocznicy wydania, są też starsze edycje i sporo bootlegów.

Tym razem z archiwum wyciągnięto – jak slusznie głosi reklama – ostatni ze sfilmowanych występów grupy w klasycznym składzie z Jimem Morrisonem. To faktycznie ważny koncert. Po tym koncercie zespół spotkał się na scenie jeszcze tylko dwa razy. Oczywiście znałem wcześniej ten materiał z bootlegu “Palace of Exile”, gdzie utwory udostępniono w innej (właściwej) kolejności, tym razem na potrzeby pewnej, nazwijmy to dramaturgii materiału DVD (zapis koncertu zawiera także wspomniany wcześniej dokument filmowy z tego występu), wykrojono ze środka koncertu “Roadhouse Blues”, przerzucając go na początek materiału.

Isle of Wight Festival to ogromny i prestiżowy festiwal muzyczny, odbywający się na wyspie u południowych wybrzeży Wielkiej Brytanii, który w tym roku obchodzić będzie swoje 50-lecie, a wówczas, w roku 1970, był europejskim (a do tego większym) odpowiednikiem festiwalu Woodstock i w owym roku, u schyłku ruchu hippisowskiego zgromadził około 600.000 uczestników, którzy poza omawianym zespołem mieli okazję słuchać jeszcze m.in. Jimmiego Hendrixa, The Moody Blues, Miles’a Davisa, Joan Baez, Joni Mitchell, Jethro Tull, Sly and the Family Stone, Ten Years After, Emerson, Lake & Palmer czy Free.

Oczekiwania wobec The Doors były ogromne. Zespół po skandalu Miami i związanym z tym zdarzeniem procesem sądowym Jima Morrisona, próbował odbudowywać swoją reputację – czasami to przyniosło dobry efekt, czego przykładem są nagrania z rewelacyjnych koncertów w ramach “Roadhouse  Blues Tour” w roku 1970 w Detroit, Philadelphi czy Pittsburgu. Innym razem, jak chociażby z nagrań bostońskich przebrzmiewa bardzo ciężkawy wizerunek rozsypującego się zespołu i pogrążającego sie w autodestrukcji wrażliwego i uzależnionego wokalisty.

Jak wiadomo na festiwal Jim Morrison przyleciał dzień przed występem, tuż po zakończeniu rozprawy i na trzy dni przed terminem kolejnej. Był to powrót do Europy po dwóch latach. Trasa miała być dłuższa i obejmować swym zasięgiem inne równie prestiżowe koncerty festiwalowe jak chociażby ten w Montreux. Jednak tylko ten jeden termin nie kolidował z procesem sądowym, a sędzia na jakiekolwiek ustępstwa nie wyrażał zgody. Wyrok (skazujący) wisiał w powietrzu, a raczej był przewidywalny i po linii z szykanami jakie dotknęły zespół, czy szerzej cały ówczesny ruch kontestacyjny. Zatem ciśnienie, aby dobrze wypaść na Isle of Wight musiało być dla zespołu naprawdę ogromne. Jednak z wyjątkiem Jima Morrisona, który juz bardzo oddalał się od reszty muzyków.

Zespół wszedł na scenę w chłodną, wilgotną noc 30 sierpnia około godziny drugiej. Mogło padać, choć nie musiało. Scena spowita była w mroku i oświetlał ją tylko jeden reflektor z czerwonym alarmowym oświetleniem. Przed festiwalem nikt nie poinformował zespołu o konieczności występu z własnym oświetleniem, a dodatkowo sam Morrison nie chciał użycia oświetlenia filmowego, które mogło zostać udostępnione przez ekipę realizującą nagranie koncertu, bowiem jak wspomniano występ był filmowany, za kamerą stał poważany wówczas awangardowy operator tego typu nagrań koncertowych Murray Lerner. Morrison mógł mieć to już gdzieś.

Nie trzeba się rozpisywać, przecież to znana historia, zresztą cokolwiek by nie napisać, występ przeszedł do historii jako najsłabszy koncert The Doors. Pogrążony w swoich problemach, z ewidentnym stanem depresji i z widmem poważnego wyroku sądowego, Morrison nie był w stanie zaangażować się w ten występ. Mimo trzeźwej, całkiem dobrej (?) kondycji, piosenki zostały odśpiewane bez emocji i jakiegokolwiek zaangażowania. Przez cały koncert Morrison, trzyma się kurczowo statywu mikrofonu. Wtedy, gdy nie śpiewa odwraca się tyłem do widowni, jest, a jakby go nie było zbyt wiele. Oczywiście wrażenie robi “When The Music’s Over”, broni się tu “Ship of Fools”. Jest nierówne, przeimprowizowane i pogubione “The End” z przepiękną wstawką “Away in India”. Ten na zawsze niedokończony szkic utworu, który zespół kilkakrotnie wykonał na żywo w 1970 roku, odczytuję jako rodzaj krzyku rozpaczy Jima Morrisona za swoją pierwszą miłością Mary Werbelow, z którą rozstał się u początku kariery The Doors, a która w owym 1970 roku wyjechała do Indii. Taki romantyczny landszafcik w rozlewającym się wokół bagienku.

Materiał bez względu na to czy słuchany na CD, czy oglądany na DVD w pogrążonym w czerwieni świetle samotnego punktowego reflektora jest czystym zapisem dramatu i pokazuje kluczowy moment upadku zespołu, bo wg. mnie nie koncert w Miami, ale właśnie ten festiwalowy, na kilka dni przed skazującym, wyrokiem sądowym (przypomnijmy: pół roku pobytu w jednym z najcięższych wówczas zakładów karnych w USA). “Dionizos został spętany” – podsumował występ Morrisona zawsze skłonny do retorycznej przesady klawiszowiec zespołu Ray Manzarek.

Zespół zszedł ze sceny nie odgrywając nawet bisu. Po nich zagrał The Who. Przy pełnym oświetleniu i w niesamowitej dynamice scenicznej odegrali jeden z ważniejszych swoich koncertów w karierze, kompletnie deklasując poprzedników, z czego pewnie zdawał sobie sprawę Ray Manzarek, podglądający ten koncert zza kulis, wsłuchujący się w muzykę już z nowej epoki, w którą sami The Doors już nie byli w stanie wejść.

Po koncercie trójka muzyków postanowiła, że nie będzie już więcej występować z Jimem Morrisonem, na którym raczej nie robiło to większego wrażenia. Co prawda, z rozpędu i w związku ze zobowiązaniami wobec wytwórni nagrano jeszcze genialny album “LA Woman”, przy okazji dwukrotnie koncertując, ale Morison szukał już nowej drogi w życiu. Ze skazującym i prawomocnym wyrokiem, niemożliwie wplątany w alkohol i narkotyki. Paryż, który miał być jakimś od tego wybawieniem, jak wiadomo z przewodników turystycznych, okazał się jego grobem. I jak to bywa zwykle, gdy kończy się film, a na czarnym tle wyświetlana jest dodatkowa informacja dla widzów: Dopiero w 2009 roku sąd na Florydzie oczyścił Jima Morrisona ze wszystkich postawionych mu zarzutów i uznał go za niewinnego.