Opuszczając Pragę

Ulice w słońcu, bzy i czerwone kasztany, śpiew ptaków o trzeciej nad ranem, bo okna otwarte na Petrzin, a wcześniej nocą właśnie to morawskie wino nad Wełtawą. 

Pamiętasz? Pierwszy raz jechaliśmy do Pragi tamtym kradzionym samochodem, a może było jeszcze gorzej. Bocznymi drogami. I tak już zostało. W każdym razie raczej więcej nadziei niż czegokolwiek. Mogło to wyglądać, jakbyśmy przed czymś uciekali. Ale nie wiem już przed czym, czasem myślę, że wciąż tylko uciekam i żadna terapia logiki tej ucieczki nie rozwikła. Poza zachwytem, niewiele więcej umiałem. Teraz podobnie, z tym, że bez zachwytów. Krótka lista rzeczy, które względnie wychodzą.

Pisał się scenariusz następnych dni, które i tak wyglądały jak improwizacja.

Przypomnisz sobie te wszystkie dzielnice i małe hoteliki, gdzie zatrzymywaliśmy się na przestrzeni tych lat? Za każdym razem inne miejsca. Tylko te wszystkie linie tramwajowe wciąż jeszcze kursują po mojej pamięci.

Pamiętasz? Spałem na zacienionych łąkach Petrzina. To chyba wtedy zastanawiałem się, czy rzucić pracę, którą wówczas wykonywałem i czy nie poszukać prostszego sposobu na życie. Może miałem wówczas takie sny.

Potem było już tak, że wracaliśmy lub uciekaliśmy na chwilę do Pragi każdego roku (poza rokiem 2017), każdego roku trochę jakby do siebie, choć wciąż nie zwiedzając tych wszystkich podstawowych zabytków, o których jest mowa w przewodnikach. Zamiast tego znając Žižkov i Malovankę, odróżniając Liboć od Libenia i Malvanikę od Malovanki. W tej ostatniej jest przecież ta najpierwsza odkryta tutaj hospůdka, gdzie tak smakuje piwo i można patrzeć na ulicę. I choć nigdy tego nie planujemy, za każdym razem do niej powracamy. Jeśli kiedyś będzie wytyczony nasz praski szlak turystyczny, to powinien nie tylko przebiegać przez to miejsce, ale może nawet je przecinać. Tak, przecinać Malovankę i krążyć orbitalnie po kosmosie Žižkova. Nie znam innej Pragi i nie znam jej prawie wcale. Czasy są tam spokojne, słońce otula i ociepla. Nie piszą się scenariusze kolejnych dni.

W ubiegłym roku nie byłem w tym mieście. Nie czytałem Hrabala. Byłem w złym roku. Skończyłem czterdziestkę, spodziewałem się przełomu. A teraz siedzę na Parukarce, piję piwo i naśladuję samego siebie, bo to umiem najbardziej. Będę tu wracał, choćby tylko na chwilę, żeby sprawdzić co się nie zmieniło. Baba położyła się w cieniu ławy i czeka, kiedy pójdziemy dalej.

Będę wracał nawet tylko po to, żeby przejechać się starą droga numer 11 i wieczorem wjechać z lokalnej 611 do Pragi 20 i zdążyć jeszcze w jednej z žižkovskich hospod napić się piwa po podróży i posłuchac o czym rozmawia się tam przed zamknięciem.

Będę wracał na wzgórza praskie, skąd moje oczy mogą zanurzać się w krajobraz miejskich panoram. Będę siedział i pisał słowa, które nic nie znaczą, pił piwo i patrzył na swojego zmęczonego psa jak śpi w jakimś prowizorycznym cieniu swoim prowizorycznym snem. Jeśli zacznie padać wsiądę w tramwaj linii 17, albo i nawet 20.

Jestem tu w ruchu, choć nie planuję dokąd pójdę, zazwyczaj odwiedzam miejsca, w których już kiedyś byliśmy.

Zamiast przyglądać się miastu, czasem patrzę w nim na siebie, także poprzez wiek. Dużo przelewa się tych myśli, jak zorganizowanych wycieczek z przewodnikiem. Mój dawny bunt był za bardzo wewnętrzny i zbyt intensywnie tłumiony przeze mnie samego. Odreagowywałam jedynie na fizycznych płaszczyznach. Taki bunt przetacza się w ból.

Na wzgórzach vinohradzkich sadów karafka różowego wina. Maj w kolekcji pięknych dni. To, co nas spotyka jest w pewny sensie przeglądem oczekiwań. Na zboczu posadzono młode winorośle, ktoś planuje tu winnicę za kilka lat. Altany pełne wina. Powinniśmy wyjechać tam, gdzie wina dojrzewają najwcześniej, a wieczory zapewne snują się leniwie. Tu jest z pewnością podobnie, bo maj rozjaśnia wieczory swoim spowolnionym blaskiem.

Co robią ci turyści pod ścianą Lennona? Na ile cokolwiek dla nich znaczy ta postać, że chcą zrobić dla siebie zdjęcie w tym miejscu, zdjęcie, do którego prawdopodobnie nigdy nie powrócą, a może nawet nigdy nie umieszczą go na żadnym portalu społecznościowym. Może po prostu tak wypada, bo piszą o tym w przewodniku. Kim lub czym jest Lennon i niezwiązana z nim ściana dla wycieczki Japończyków lub majówkowej wycieczki z Mławy? Wracałem tamtędy z Malovanki. Świat czasami musi być na skróty, którymi załatwia się sprawę jak kombinacją trzech klawiszy na klawiaturze.

Tak, pamiętam. Pierwszy raz jechałem tutaj tym kradzionym samochodem, bocznymi drogami. I tak nam zostało. W każdym razie jak zwykle bez płynności finansowej i na pogłębionym debecie. Ale tu nie trzeba było płacić zbyt dużo, żeby się zachwycić wystarczyło mieć trochę na piwo lub morawskie wino na nadbrzeżach. Ulice w słońcu, bzy i czerwone kasztany, śpiew ptaków o trzeciej nad ranem, bo okna otwarte na Petrzin, a wcześniej nocą właśnie to morawskie wino nad Wełtawą. 

2018, czarny crossover, niby wszystko inne, ale te same boczne drogami. Bo tak już zostało. Odsłuchiwane stare płyty. Szukanie nowych dźwięków, tylko podobnych. Father John Misty i jego Leaving LA, gdy jadę przed siebie. W każdym razie raczej więcej nadziei w ciągłej ucieczce. Cokolwiek tu zostało zapisane, rozpłynie się, zniknie pod przyciskiem „delete”.

 

 

Spacery Praskie 2018:
30.04 – Zižkov
01.05 – Zižkov – Vinohrady – Vysehrad
02.05 – Smichov – Petrin – Malovanka – Mala Strona – Smichov
03.05 – Stromovka, Bubenec
04.05 – Vokovice – Divoká Šárka – Liboc