Father John Misty

Palladium, Warszawa, 2018.06.05

Mam pewne wątpliwości, ale chyba było tak: Nancy From Now On | Chateau Lobby #4 (in C for Two Virgins) | Strange Encounter | Only Son of the Ladiesman | Total Entertainment Forever | Things It Would Have Been Helpful to Know Before the Revolution | Ballad of the Dying Man | Disappointing Diamonds Are the Rarest of Them All | Mr. Tillman | Please Don’t Die | Bored in the USA | Funtimes in Babylon | Hangout at the Gallows | Hollywood Forever Cemetery Sings | Pure Comedy | I Love You, Honeybear | I’m Writing a Novel | Real Love Baby | Holy Shit i cóż tu dalej pisać…

 

Noc w Warszawie, glamurowy mokotów zamkniętego osiedla. Klucze do mieszkania w postaci kodu do drzwi. Rok śmierci Matejki, na wypadek gdybym był pijany. A wszystko to na jedną noc. Z dużym telewizorem i widokiem na inne mieszkania i inne duże telewizory. Z uprzejmym sąsiadem, wyjeżdżającym rano w garniturze do swojego biura na hulajnodze. Kurier dostarczy nad ranem śniadanie w sterylnym boxie i list na wszelki wypadek z gratulacjami i ofertami lepszego życia. W gazetach także piszą tu tylko o tym, że jest dobrze. W extra cenie warszawska rodzina, dzieci w czwórjęzycznej szkole. Trzeba tylko dowozić i tulić. W bonusie także grupka przyjaciół. Za darmo są wieczorne podróże w pojedynkę przez to miasto z myślami, że następnego dnia będę na koncercie Father John Misty.

Męczą mnie koncerty. Dobieram je starannie, żeby zapobiegać rozczarowaniom. Z drugiej strony uwielbiam na nich bywać i nie zamierzam tego wykreślać z życiorysu. Męczy mnie stanie w tłumie, w którym ludzie zamiast przeżywać i cieszyć się muzyką, rozmawiają w trakcie piosenek. Albo nie potrafią wytrzymać chwili bez sprawdzenia statusu w swoich smartfonach, nie wspominając o tych z archiwistycznym zacięciem, którzy całe koncerty nagrywają. Męczą mnie artyści, którzy nie są artystami, dlatego bardzo precyzyjnie (z małymi wyjątkami, dla kilku zespołów) omijam koncerty polskich wykonawców. Jeśli byłbym na koncercie, gdzie ktoś wydziera się między piosenkami:„zróbcie hałas” albo „ręce w górę”, to pewnie czym prędzej wykonałbym manewr ewakuacyjny. Z drugiej strony jestem w stanie przejechać setki kilometrów, żeby trafić na swój ulubiony mały festiwal na skrzyżowaniu dróg.

Sporo nowej muzyki bezinteresownie doilustrowuje mi życie. Kiedyś uwielbiałem prowadzić o niej długie rozmowy. Przerzucać się tytułami płyt, nazwiskami i zamawiać do tego kolejne piwo. Teraz nie mam za bardzo z kim, a i piwa piję mniej. Muzykę kontempluję bardziej intymnie. Nie potrafię już też pewnie tak o niej rozmawiać. Od czasu do czasu, ale bardzo rzadko, dużo rzadziej niż dwadzieścia lat temu, odkrywam coś, co podoba mi się bardzo i wówczas katuję takie płyty bez opamiętania. Tak jat w przypadk artysty Father John Misty. Usłyszałem go po raz pierwszy w audycji radiowej Anny Gacek. I potem te jego dwa, a następnie trzy krążki krążyły po moich odtwarzaczach cholernie intensywnie. Wtłaczałem to w siebie z narkotyczną dyscypliną częstotliwości.

Parę dni temu ukazała się czwarta płyta, doskonała w swoim muzycznym pięknie – “God’s Favourite Customer”. Przyznaję, słuchałem pirackich nagrań juz od paru miesięcy, nie mogąc doczekać się premiery. Zbiór dziesięciu piosenek zarejestrowanych w pokoju hotelowym, gdzie na pewien okres zamieszkał zmagający z depresją i swoimi demonami artysta. To wszystko jest w “Mr. Tillman”, w “The Palace”, w “Please Don’t Die” i w innych, bo materiał to niezwykle konfesyjny i opowiedziany precyzyjnie poetycko. Przynajmniej w moim rozumieniu poezji jako środka ekspresji. I choć można wyobrażać sobie, że nie jest to najlepszy moment w jego życiu, to od strony muzycznej ta płyta jest bardziej melodyjna, bezpośrednia, nasycona instrumentalnie od nieco patetycznej poprzedniczki “Pure Comedy”. Te nagrania dostarczają harmonię i piękno. Są w prosty sposób tym czego szukam obecnie w muzyce, będąc tu gdzie jestem i w wieku, w którym jestem. Zresztą w domu słuchałem tego tyle, że mam zakaz całkowity na odtwarzanie płyt Father John Misty, to co tu o tym pisać. Więc słucham w podziemiu; w samochodzie i na spacerach, a przez to może jeszcze bardziej intymnie odbieram te dźwięki.

W Palladium była znakomita publiczność, a koncert jeszcze lepszy i niezapomniany. Gdybym miał ułożyć zestaw piosenek do tego koncertu, to wyglądałby właśnie tak. Niczego, co być powinno, nie zabrakło. Nie zabrakło niczego, co uwielbiam. Z drugiej strony żal każdej pozostałej z piosenek, które nie zostały odegrane. Oczywiście, „Leaving LA” nie jest wykonywane na żywo, więc trudno mówić o braku tego utworu. Ale już taki na przykład “True Affective”, zresztą każdy brakujący tytuł można przytoczyć. Dużą niespodzianką byłoby odegranie „God’s Favourite Customer” z chyba najpiękniejszą i niezmiennie poruszającą mnie melodią jaką słyszałem od wielu, wielu lat.  

Jaki jest Father John Misty na żywo? Charyzmatyczny, na swój sposób hipnotyzujący widownię. Absolutnie przekonywujący, gdy śpiewa te bardzo swoje i bardzo osobiste piosenki utkane z akordów cierpień i zmagań z poszarpanym życiem, które układa się jednak w piękne melodie jesli tylko sie nad nim pochylimy. Bije ze sceny niezwykła wrażliwość muzyczna i kompozytorska. Takie rzeczy kupuję, chłonę, odnajduję się w nich. W jakiś sposób zapamiętam obecnego siebie przez te piosenki.

Poranek w Warszawie, słoneczny mokotów zamkniętego osiedla. Słońce nieco po czwartej rano w swym unikalnym odcieniu poświtu. Konieczność opuszczenia i poczucie drogi. Słońce wschodzące gdzieś z tyłu głowy i przydrożna kawa. Czas, w którym jeszcze nie załatwia się żadnych spraw. Pora, w której rozkwitają na bramie mojego starego domu bordowe róże.

 

Warszawa 06.06.2017