Weekend po irlandzku i po śląsku

Peadar de Burca, czyli od czego zaczynam czytanie gazety w sobotni poranek.

Ci co mnie trochę bliżej znają wiedzą, że moje klasyczne weekendowe poranki wyglądają podobnie. Zaczynam je zazwyczaj na pływalni, potem wracam do siebie na wieś, siedzę w ogrodzie, piję kawę, czytam wybiórczo Wyborczą, którą kupuję w kiosku, rozmawiam Babą, a jak mi pozwala to rozmyślam o życiu. Czasami razem z psem idziemy nad zalew; wówczas pakuję termos z kawą, a do plastikowego pudełka wrzucam pokrojone pomidory z ziołami z ogrodu i oliwą, posypane prażonym słonecznikiem i tam zjadam śniadanie i czytając gazetę lub ksiązkę. W takich wypadkach nie zapominam też o butelce zimnego piwa. Dziwaczeję. Gdy jest pora smogowo-zimowa natomiast, czyli przez większość roku, wówczas siedzę w domu, palę w piecu i słucham Markomanii, ale zostały jeszcze ze dwa, trzy miesiące do tej pory, więc nie będę o niej teraz pisał.

Tak, wciąż kupuję papierową Gazetę Wyborczą. Jest kilka powodów, poza najważniejszym – samym nawykiem, robię to od niepamiętnych czasów. Natomiast wsród tych sensownych powodów, dwa są główne i gdy one ustaną, zapewne zaprzestanę tej lektury. Pierwszy, to świetne teksty w co weekendowym “Magazynie Świątecznym”, w wśród nich mam na myśli te z obszaru krytyki, nazwijmy to literacko-historycznej, które jakimś cudem ukazują się tam w dalszym ciągu, a zapewne nikt ich nie czyta, bo kogo interesuje dajmy na to Józef Czapski i jego postawy. Poza mną.

Nie czytam tam na pewno wiadomości politycznych, temat mnie nie interesuje właściwie wcale. Nie posiadam od ponad dziesięciu lat telewizji. Jeżeli chodzi o ryje kolejnych premierów i ministrów, to znam je głównie z memów krążących po sieci, a które w jakieś sposoby internet mi podsuwa pod oczy. Nie czuję się przez to człowiekiem w żaden sposób uboższym o jakąkolwiek wiedzę od osób, które codziennie wlepiają swoje oczy w wiadomości telewizyjne lub nadymają się od wiadomości z twittera i onetu.

Drugim z tych powodów, już bardziej lokalnym, bo przekładających się na katowicki dodatek do “Wyborczej”, są od lat felietony Peadara de Búrcy.

Peadar de Búrca, pisarz o fizjonomii wypalonej zapałki, genialny obserwator śląskości, zarówno tej codziennej, umykającej uwadze, jaki i tej pojmowanej bardziej trancendentalnie. Nie wiem kto go sobie wymyślił jako felietonistę lokalnego dodatku GW, ale był to pomysł absolutnie trafiony. Jego zapowiadany wyjazd ze Śląska będzie niepowetowaną stratą i wciąż wierzę, że jest to pewien rodzaj żartu, figury retorycznej i że on nie ruszy swojego irlandzkiego dupska z Gliwic.

Bez wątpienia zanudzi się Peadar wracając do swojej Irlandii, oazy życia spokojnego i rozumnego. Tak, padnie z nudów. Jego organizm dopasował się ewolucyjnie przez te kilka lat do życia na Śląsku i te wkurwy, emocje, nerwy nie będą miały na zielonej wyspie żadnego ujścia, żadnego katharsis. No, może jakieś spotykane przelotem nierozgarnięte grupki podpitych z nostalgii śląskich emigrantów przyniosą namiastkę świata jaki tu zostawi.

Język Peadara jest precyzyjnie ironiczny, to najwyższego kunsztu felietony, opisy rzeczywistości Śląskiej tak soczyste, że czasami nie wiadomo już czy są to literackie przerysowania, czy też autopsyjne spojrzenie Irlandczyka o ponad przeciętnym poczuciu humoru i inteligencji. Chylę głęboko czoło przed takim odbiorem i opisem podwórka, gdzie także i ja mieszkam. Bez względu na to czy bezlitośnie tymi opisami obnaża smutną o nas prawdę, czy też akurat odwrotnie, mówi o tym jakie to wyjątkowe miejsce. A jest w tym lepszy niż darmowa noc muzeów, czy industriady. Lepszy niż zlot food trucków na rynku i darmowy koncert z okazji Dnia Katowic.

Sam chciałbym mieć podobną umiejętność nazywania i komentowania rzeczywistości, bo frustruje mnie ona i irytuje w sposób równie istotny, a jednocześnie potrafię zachwycić się tym wszystkim, co jest piękne i unikalne jeżeli chodzi o region, w którym się urodziłem, mieszkam, pracuję i którego jak dotąd jeszcze nigdy nie opuściłem, choć pewnie w jakiejś przyszłości może to ulec zmianie, bo moja wytrzymałość życia w tym kraju, od czasu do czasu wysyła mi konstruktywne sygnały.

Baba: "Weekendzik to ja mam każdego dnia."

Baba: „Weekendzik to ja mam każdego dnia.”

Myślę, że pisarstwo de Búrcy ma tyle samo wrogów co miłośników, a może tych pierwszych jest nawet więcej. I to jest w tym piękne. Peadar nie opisuje nam Śląska wprost: jaki jest unikalny, a wy jesteście najwspanialszymi, najmądrzejszymi i najszczuplejszymi jego mieszkańcami jakich można sobie wyobrazić. On nie przedstawia nas też w krzywym zwierciadle, ale po prostu w dobrze przetartym lustrze, w którym widać wszystkie detale. I te bardziej, i te mniej szlachetne.

Zaprosiłem go niedawno do siebie na wieś, mam nadzieję, że zdążymy napić się piwa.

 

na zdjeciach fragmenty felietonu Peadara de Búrcy „Sprzedaliście swoją duszę za porcję lodów” w: Gazeta Wyborcza Katowice, z dn. 9 czerwca 2018