Nad Gardą

polowe centrum dowodzenia niezależnym skrawkiem styranych dusz.

To ponad 1000 km by opisać taką noc, słońce zachodziło gdzieś pod Ołomuńcem, trwało to bardzo długo, a Ołomuniec to jednak była chwila, raptem zjazd. Nocą samotna stacja radiowa grała mi ”Beast of Burden” The Rolling Stones tak, że sam bym na to nie wpadł. Akurat mijałem Graz, gdzie przecież pracuje mój brat. Zawsze marzyłem żeby prowadzić taką audycję radiową w jakieś wtorki o pierwszej lub drugiej w nocy, gdy prawie nikt nie słucha. Może ktoś za kierownicą. Ktoś na lotnisku lub w tym dziwnym stanie eliminującym spanie. Transmisja dźwięków wprost z planety nocy. Kiedyś byłem nawet na próbnych nagraniach. Rozgłośnia nazywała się „Rock Radio”, o ile dobrze pamiętam. „Audycja”, tak miał nazywać się tamten program. To mogło być siedemnaście lat temu, a teraz to jest zwykła Austria i jej uboga nocna oferta radiowa. A jeszcze tydzień temu było Oslo. Czasami lubię jak mnie tak nosi, gdy tak jest i nie ma wyjścia. Słońce wzeszło na skrawku Alp, gdzieś przed Udine. A to nad Gardą jest już mocne jak espresso w przydrożnym barze pod Weroną. W tutejszym barze nad jeziorem mały chłopczyk częstuje mnie swoim napoczętym sorbetem. “Aleksander, pan ma swoje piwo” – tłumaczy mu jego mama barmanka, oczy dziecka jak dwa roześmiane węgielki. Uśmiecham się po raz pierwszy od tygodnia i czuję bezradną radość.

Nie myślę już o Oslo. Miasto Oslo, jest tym co przeszło, nie podlega już liczeniu. Było, minęło. Oslo na ostro. Solo w Oslo. Zapamiętam jazzowy motyw „Uciekaj moje serce”, o trzeciej w nocy w aucie, w drodze na lotnisko. Ucieka moje serce, potyka się przy tym, zacina. Przybywa takich dni w niewiedzy, co pozostanie po takiej ucieczce. Oslo. I poszło prosto.

Ale teraz nad Gardą myśli są inne. Jest namiot nad brzegiem jeziora, schowany w cieniu oliwnych drzew, jest spokój wczesnego popołudnia i chyba po to tu najbardziej przyjechałem. Tak, mam to śmieszne turystyczne krzesło z miejscem na puszkę piwa, które po rozłożeniu stanowi polowe centrum dowodzenia niezależnym przyczółkiem styranych dusz. Sama powiedz, kiedy ostatnio miałaś drzemkę w cieniu oliwnego drzewa? Koncert cykad, bicie fal o brzeg jeziora. To jest miejsce, gdzie nie znam się na niczym. Jest jeszcze butelka tutejszego wina. Jestem ja, choć nie jestem rozbitkiem. Leżę na pomoście. Nie wysyłam żadnej wiadomości. Słowa, które piszę nie mają żadnego znaczenia. Słowa, które są właśnie czytane, nie układają się w żadną historię.

Manerba del Garda,  04.07.2018