Moonlight Drive

Feast of Friends - The Doors Open Air Festival, Heyrothsberge, Sachsen-Anhalt, Germany

Jesteśmy rozbitkami. Mały festiwal na skraju miasta, na skrzyżowaniach dróg. Znów tańczy taniec ducha dzikie dziecko.

Tym razem słońce zaszło akurat na tej starej poniemieckiej autostradzie, gdzieś na wysokości Iłowy, ale nie był to stan Iowa. Raczej stan lekkiej euforii. Chyba ten pierwszy, wyczekany, dobry moment, żeby wsunąć do odtwarzacza płytę. Jechałem z dużą prędkością w stronę gasnącego słońca, samochód zatopiony w pierwszych taktach “Break On Through” The Doors. Pachniały lasy. Jechałem na festiwal, na tych parę dni, o których myślałem przez cały rok. Potem nastała głęboka noc i zatrzymałem Mitsubishi na skraju drogi.

Saksonia-Anhalt. Mały park na obrzeżach niewielkiej miejscowości, na skrzyżowaniach dróg. Tak, wróciłem tu, jedyny przybłęda z Polski. Poza mną wróciło sporo osób, które pamiętałem z ubiegłego roku. Jest bardziej niż kameralnie. Chyba łączy nas uwielbienie do muzyki, która od dawna nie istnieje, a jednak wciąż gra. Niedobitki wyznawców na skraju miasta. Z Niemiec, z Holandii, z Danii. Ktoś przyleciał z Kalifornii.

Tu mam najbliżej. Linia popularności zespołu The Doors zatrzymała się na Odrze. Najbardziej znane europejskie cover-bandy The Doors organizują swoje trasy głównie na Wyspach Brytyjskich, w Niemczech, we Francji, Holandii czy Belgii. W każdym z tych krajów grają wiele koncertów. To Polski trafia rzadko jakikolwiek tego typu zespół z pojedynczym koncertem. Zostaje mi możliwość uczestnictwa w takim festiwalu, z czego skrzętnie korzystam. Czyniąc z tego przy okazji główny punkt moich wakacyjnych wyczekiwań.

Rytm dnia pozwala na dłuższe spanie, na tyle długo, na ile słońce nie wygoni mnie z namiotu. Potem prysznic i śniadanie. Wyprawa do Netto po zapas piwa i trochę prowiantu. Reszta dnia nad jeziorem. Dzika działka znowu otwarta. Najlepiej jak nie dzieje się prawie nic. Próbuję czytać jedna ze stosu książek, których nigdy nie przeczytam. Muzyka rozbrzmiewa dopiero wieczorami. A późną nocą, gdy to wszystko się kończy, wracam jeszcze popływać do czarnego jeziora. Na czarnym niebie migotliwe świetliki samolotów zbliżających się do Berlina.

Pierwsze z tego, co tu usłyszałem to “Waiting For the Sun” grane nocą w bunkrze przez akustyczny zespół The Morrisons. Ostatnim utworem było “The End”, na scenie The Doors Alive, ale też pozostali uczestnicy festiwalu, w długiej improwizowanej wersji wzbogaconej o “Away India”. Pomiędzy tym kilka naprawdę wyjątkowych muzycznych chwil z muzyką, która z niezrozumiałego dla mnie powodu wciąż tak wiele dla mnie znaczy.