Kraina Błękitnego Nieba

Zabieramy ze sobą jedynie to, co łączy przeszłość z miejscem, do którego zmierzamy

Piję kawę i patrzę w mazurskie okno myśląc o tym jaki rozległy był to świat. Przejechałem tego lata osiem tysięcy kilometrów. Ruszałem się, gdy tylko było to możliwe. Prawdopodobnie nic więcej nie zrobiłem poza byciem w różnych miejscach. A przecież nie będzie mi to w żaden sposób policzone. To. Świat w oglądany w drodze. Inne zapachy nocy. Jest we mnie trzepotanie ptaka, który kiedyś wypadł z gniazda. Jest wyciszenie. I to, gdy mnie nie ma. Czyli wykreślanie siebie w ledwie uchwytnych momentach przyzwolenia.

Teraz dopadła mnie jesień, jeszcze na chwilę uciekłem na Mazury. Inny stan umysłu. Choć to niczego nie zmieni. Zamieszkałem w pokoju wydzielonym ze starej stajni. Palę w żeliwnej kozie i niewiele więcej. Czuję się dobrze i nie muszę brać lekarstw, aby ten stan podtrzymywać. Jestem tu sam, towarzyszy mi jedynie Baba i mamy swoje bezsłowne porozumienie, szczególnie gdy wychodzimy na długie spacery (ten wczoraj ponad 25 kilometrów), szczególnie, gdy idziemy pobiegać (ten dzisiejszy bieg ponad 16 kilometrów). Nie zabrałem wielu rzeczy. Piszę piórem w starym notesie. Chyba nie mam internetu, ani hasła żadnego. Nastawiłem się na piękne mazurskie deszcze, które nie dają żadnej szansy. Tak, chciałem żeby padało. Tymczasem ledwie pokropi o poranku, do kawy właśnie, a potem dzień wypełnia słońce i niebo błękitnieje intensywnością tej barwy jak tylko tutaj się zdarza. Prawidziwe światłowody. Pachną brzegi jeziora i jego woda, gdy zbaczam ze ścieżki, pachnie las i droga polna. Zawsze ciągnęło mnie do jezior i mazurskich pagórków. Zabieramy ze sobą jedynie to, co łączy przeszłość z miejscem, do którego zmierzamy. Stary ścienny zegar odmierza prawidłowo ten czas, który tutaj zastałem.

Wieczorem siadam przy dużym kuchennym stole. Zabrakło prądu w siedlisku. Pracuje stary agregat. W kominku płonie ogień. Starszy człowiek, u którego zamieszkałem przeprowadził się tutaj kilkanaście lat temu z Warszawy. Przyzwyczaiłem się do tego, że mówi bardzo powoli. Ale też nigdzie nikomu nie śpieszy się. Nie rozmawiamy dużo, jego opowieści o przyjaźni i miłości poruszają. Reprezentuje sobą czas jaki minął. W jego opowieściach splatają się Mazury, sport, basen Legii, Agnieszka Osiecka, młody Olbrychski, zresztą wszyscy oni młodzi i wygrzebani z innego świata. W młodości grał w stołecznym klubie w siatkówkę, zdobywał mistrzostwo kraju, grał w europejskich pucharach. Jeździł motocyklem po Mazurach. Nigdy nie miałem żadnego szefa – mówi. – Dlatego pracowałem samodzielnie na każdy dzień swojego życia i żadnego z tych dni nie żałuję. Gdy 1 lipca 1999 roku podczas pakowania się na wakacje na Mazurach nagle umiera jego żona, kończy mu się świat. – To była niezwykła osoba, łączącą piękno, inteligencję i bycie po prostu bardzo dobrym człowiekiem – pokazuje mi okładkę pisma“Przyjaciółka” z końca lat 60-tych, na którym widać piękną kobietę w stroju stewardessy, która akurat zdobyła tytuł vice-miss świata stewardess w Meksyku. Byli razem od zawsze, czyli od początku. To jest takie coś, że wymiana mebli, remont domu pod Warszawą, niewiele zmienią, a bynajmniej nie zamalują tęsknot. Zostawia to za sobą, zaczyna jeździć konno, nie wie dlaczego, bo wcześniej konno nie jeździł nigdy. Pojawiają się jeździeckie sukcesy. Z czasem likwiduje swoje warszawskie interesy i inwestuje w starą stajnię i ziemię, zaczynając następne życie. Choć ujmująco nosi w sobie to poprzednie.

Żadnego z dni swojego życia nie żałuję. Sam na nie pracowałem i sam za nie odpowiadałem. Nigdy nie byłem na żadnym etacie. – powtarzał to kilkakrotnie. Mógłbym tu pisać o tym, co usłyszałem, ale zostawiam to w sobie, rozpuszczam te słowa i te historie, które mi podarował, pozwalam im krążyć w moich myślach, zanurzać się w łagodnie kojącym zapomnieniu.

Potem wraca prąd, ale jest późno i wioska, gdy wychodzę na wieczorny spacer z Babą, zanurza się w ciemności. W większości domów jest już ciemno. Może od dawna są puste, a może po prostu w tych domach ludzie już śpią. W którymś z okien siną poświatą telewizora emituje się blady punkt czyjegoś życia. Ale nikt nie wygląda życia.

Rano będą tu piały koguty, szczekały psy, pasły się konie.