Boczne drogi

Choć jest październik, tego roku oznacza to temperatury nawet powyżej dwudziestu stopni i całe godziny wysokiego słońca.

Wygląda na to, że ta moja komiwojażerska podróż dobiega końca. Piszę z górnego tarasu nieczynnego pensjonatu. Włamałem się tutaj przeskakując przez bramkę. Teren prywatny. Nie powinno mnie tu być. Ale nie penetruję i nie demoluję. Ściągam marynarkę i rozpinam koszulę, wieszam ją na krześle. Powiedzmy, bardzo lekki ekshibicjonizm. Jest gorąco  Teraz siedzę w miejscu z widokiem na całe jezioro, które połyskuje w słońcu. Choć jest październik, tego roku oznacza to temperatury nawet powyżej dwudziestu stopni i całe godziny wysokiego słońca.

Byłem już kiedyś nad tym jeziorem i pewnie kiedyś znowu tu zajrzę, gdy będę przejeżdżał. To siła przyciągania. Ponieważ jest po sezonie, wokół ani żywej duszy, przy starym drewnianym pomoście cumują łodzie. W oddali samotna łódź pośrodku jeziora. Jest popołudniu i po sezonie. Jest spokój i jest pióro ujęte w dłoni. Piję niewidzialną kawę, a może jest to niewidzialne piwo. Milczę, choć prowadzę niewymowną rozmowę. Jest drugi brzeg przede mną i jest nadzwyczaj przejrzysty błękit wody. Mam już za sobą tą całotygodniową podróż. Najpierw ze Śląska do Poznania przez Dobrą Nadzieję, ale i inne wioski i miasteczka. Znowu sporo zjeżdżałem z tych głównych dróg, ale to potem. Już na Kujawach i dalej na Pomorzu Drawskim. Radio nadawało tą samą, co w styczniu, gdy jechałem tutaj także późnym wieczorem, smutną, acz dającą nadzieję audycję dla poszukujących. “Samotny trzydziestolatek bez (większych) nałogów pozna miłą dziewczynę w wieku 25 – 35 lat z rejonów Góry, Czerniny, Nawratowa”. Świat niektórych jest ściśle wytyczony. Zazdroszczę takiego spojrzenia na kwestie geografii. I myślę o tych wszystkich potencjalnych dziewczynach z okolic Góry, Czerniny i Nawratowa. Oglądam je, gdy przejeżdżam swoim samochodem przez miasteczka. Z Poznania, gdzie spędziłem dwa dni pojechałem do Konina, do którego wróciłem po dwóch latach, ale tym razem zatrzymałem się na dalekich przedmieściach, w niewielkim i tanim hotelu.

Wieczorem zamierzałem napisać wpis. Niedaleko znajduje się Sacro Park Rozrywki w Licheniu.  Pisałem juz kiedyś o Matce Boskiej z Kreuzberga i mam w tym pewną łatwość. Zamiast tego  jednak wypiłem butelkę wina. Śniła mi się Bolesna Matka Boska z orłem bielikiem na ramieniu. Tu w tym hotelu kakadu. Następnego dnia słaby wynik w bieganiu. Powłóczone dwanaście kilometrów.

Dalej Bydgoszcz, drogą wzdłuż długiego jeziora Pakoskiego. Nie mogę stwierdzić definitywnie, że nigdy tu nie byłem. Znałem kiedyś pewną dziewczynę w Bydgoszczy, ale ponieważ mieszkała tak daleko, to ilekroć tam przyjechałem, to nie było czasu na zwiedzanie tego miasta. Zresztą było to w czasach, gdy wszystkie miasta były szare i brzydkie. Natomiast wszystkie dziewczyny piękne. Teraz nieśpiesznie nadrabiam, aż noc zastaje mnie gdzieś w podejrzanych rejonach ulicy Chrobrego. Nieco niebezpiecznie, acz ciekawie. Ktoś w dresie zagląda w moją twarz.

Następnego dnia do Szczecinka i zmienia się kraina, na drogi sypią się obficie złote liście. A ja przecież od dawna chciałem tu zajechać. W Szczecinku spędzał wakacje mój licealny przyjaciel i opowiadał mi o tym miasteczku. Dostałem od niego pocztówkę. Przedstawiała ratusz. Nie pamiętam już co na niej napisał, ale było to zapewne coś ulotnie wakacyjnego i beztroskiego.  Olo pięknie pisał. Nie mieliśmy wtedy większych zmartwień. Teraz stoję pod tym ratuszem, odnowionym za fundusze unijne i z nieodzownymi wodotryskami wokół i jest jakby inaczej. Dwa centra handlowe ulokowane niedaleko siebie, przy jednej ulicy niewielkiego miasteczka. Nas dwóch, gdzieś daleko, każdy w innym kraju.

Szczecinek

Szczecinek

Ze Szczecinka ruszyłem na Szczecin, tak pasowało najbardziej. Droga wiodła zachodem słońca przez Pojezierze Drawskie. Jak zawsze zabrałem kilka płyt, jak zawsze są to „koncerty nowojorskie” The Doors. Sięgnąłem też po niesłuchaną przeze mnie od dwudziestu kilku lat, a przecież tak ważną dla mnie jako nastolatka płytę “Electric Ladyland” Jimmiego Hendrixa. Ambitne dwupłytowe dzieło wypełnione muzyką, stworzone, ale i wyprodukowane przez tego geniusza gitary bez żadnych filtrów, po prost czysta wizja i jej realizacja.

Tego się dobrze słucha, nawet gdy czas goni, bo ze Szczecinka do Szczecina, to jednak najbardziej malowniczy fragment całej wyprawy. Przynajmniej do momentu zachodu słońca. Znów można zjechać w boczną drogę, a jeśli jest taka możliwość, to lubię. I mój duży samochód też lubi.  Za dużo pędzimy tymi cholernymi autostradami, zapominając, że piekno podróży jest gdzie indziej. Wioska urokliwie doklejona do brzegu jeziora. “Droga do Ciemino”, to byłby dobry tytuł na książkę kryminalną, nazwa mroczna, miejscowość nad jeziorem i w lesie.

Za Cieminem zrobiło się już niestety naprawdę ciemno, październik ma swoje prawa i skupiłem się na drodze. Szczecin to było nabrzeże. Spacer wzdłuż starych portowych magazynów. Kiedyś chciałem wypłynąć w choć jeden rejs. Taki na miesiąc albo dłużej. Jednak nie zajmowałem się realizacją marzeń. Swoich. A potem powrót na Śląsk. Jest ta nowa ekspresówka, jechałem nią kawałek, a potem oczywiście zjechałem na starą już drogę, która teraz jest zlepkiem dróg lokalnych. Zjechałem, bo lubię patrzeć jak wymierają takie pobocza, zamykają się na zawsze motele i restauracje. Zjechałem, bo chciałem trafić nad to jezioro. Tym razem podjechałem do tego nieczynnego pensjonatu. Naprawdę ciepłe popołudnie. Słońce opala mnie na opuszczonym górnym tarasie teraz, gdy pośpiesznie odnotowuję przebieg tej jesiennej trasy. Dobrze się tu zgubić.