Biegi terenowe

W pogoni za utraconą świetnością, raz na jakiś czas i bez przesady, próbuję nowych dla siebie dyscyplin sportu.

W pogoni za utraconą świetnością, raz na jakiś czas i bez przesady, próbuję nowych dla siebie dyscyplin sportu. Najdłużej trzymają się mnie ćwiczenia na siłowni i pływanie. Ale od ponad dwóch miesięcy uprawiam nową dyscyplinę sportu, jaką są biegi terenowe. Wymyśliłem sobie ten sport, z prostej przyczyny mieszkania na skraju ponad 100 hektarowego kompleksu leśnego złożonego z monumentalnych starodrzewi bukowych stanowiących rezerwat przyrody Las Murckowski. Chyba najdoskonalszy w swojej okazałości artefakt dawnej Puszczy Śląskiej.

Zatem powyższe fakty oraz moja nadwaga zadecydowały, aby spróbować zmierzyć się z tymi leśnymi ścieżkami i zobaczyć co z tego będzie. Chciałem też sobie udowodnić, że w takich terenowych warunkach mężczyzna ponad czterdziestoletni jest w stanie przebiegać 10 km w czasie krótszym niż godzina. Teraz, gdy piszę te słowa mam juz za sobą przebiegnięte 300 km w tych lasach, biegam zazwyczaj po około 14 kilometrów, dobrze poznałem leśne ścieżki, które z początku wydawały się nie do rozróżnienia. Znam ten las zarówno z biegania o poranku, jak i popołudniami, a także w przenikliwej ciemności późnego wieczoru. Przyglądałem się jak zmieniał się począwszy od gorących dni sierpniowych, przez złocisty październik aż po listopadową czerwień.

Zanim przejdę do pewnej refleksji, którą chcę tutaj zostawić, krótki poradnik, co trzeba i jest konieczne, aby uprawiać bieganie terenowe, które przecież nie są zwykłym bieganiem:

Potrzebny jest pies. Preferuję z grupy gończych, ale zapewne jest większa możliwość wyboru. Ważne, aby ten pies był współpracujący, mądry (a jednocześnie na tyle głupi, aby chciało mu się biegać), zorientowany na wspólny cel, słuchający, ambitny, pracujący. Baba jest psem, który spełnia momentami jakieś 10% tych wymagań, ale mi to wystarcza. Stanowimy zgrany tandem. Może dlatego, że sam też zanadto tych cech nie spełniam. Nie wyobrażam sobie biegania bez psa, a przynajmniej nigdy dotąd tego nie robiłem. Wiem, że jest to możliwe, ale mi wydaje się to jakieś dziwne. Ważna jest specjalna uprząż biegowa z elastyczną smyczą, która łączy biegającego i jego psa w coś, co bez wątpienia stanowi jeden organizm biegowy. Wszelkie komendy ograniczam, do zawołania “Dobra Baba!”, bo nie chcę temu stworzeniu komplikować życia. Mam swoje życie nadto pokomplikowane wielością komend jakie w nim padają. Zresztą, o tym bieganiu z psem, to można osobne i długie akapity napisać.

Poza psem potrzebny jest teren. Teren treściwie terenowy, i jak to w życiu: pod górkę bardziej niż z górki te ścieżki poukładane i o zmiennym, nierównym podłożu: żwiry, szutry, tłucznie, gałęzie, nierówności wypłukane strumieniami deszczowymi, podmokłości grząskie i brzuszki twardych kamieni. I w opcji przewrócone drzewo. To wystarczy, aby ten teren inaczej rezonował o każdej porze dnia i przy zmieniającej się pogodzie. Nie wspominając o zaskakujących wrażeniach z biegu nocą.

Poza terenem potrzebny jest strój. Kupuję go w sklepach z odzieżą używaną i mam przy tym sporo satysfakcji, że płacę za biegową koszulkę kilka złotych zamiast stówy. Ale też nie biegam po wyprofilowanych ścieżkach asfaltowych dla biegaczy, ani alejach wielkich miast, gdzie taki outfit jest bardziej zapewne kluczowy. Koszulkę jednak trzeba mieć dobrą, w sensie właściwego odprowadzania wilgoci i z materiału, który po kilkunastu kilometrach nie zacznie zdzierać brodawek.

Jeszcze dwie kluczowe rzeczy: muzyka i buty.

Słucham podczas biegania całych albumów, wymiennie, ale zdecydowanie najczęściej wracałem do “Move Through The Dawn” The Coral (2018), która podkłada się dobrze w tempo mojego leśnego biegania. Polecam ten album, zawiera po prostu bardzo melodyjne, psychodeliczne piosenki, bez nadęcia i mainstreamu, za to ze sporą dawką rock’n’rolla i muzyki folk. To bardzo „zalesiona” muzyka. Jest tam sporo liści i ścieżek wśród drzew. Śledzę ich od pierwszej płyty i mam nadzieję, posłuchać kiedyś tego zespołu w jakimś niewielkim klubie, najlepiej w ich rodzinnym Liverpoolu.

Bieganie zaczynałem w starych butach biegowych, które kupiłem w Lidlu i myślałem, że to nie ma większego znaczenia w czym się biega. A to, że raz potknąłem się na kamieniu i runąłem na twarz do przodu, to jest czysty przypadek. Pies przyglądał mi się w ogromnym skupieniu, kiedy podnosiłem twarz z kamieni. Co ciekawe biegłem wówczas dalej z obdartym kolanem i to był nasz najlepszy czas, jaki udało się jak dotąd z tego psio-ludzkiego zaprzęgu wycisnąć. Ale potem zmieniłem buty na takie do biegania w terenie (typu „galaxy trial m”) i teraz biegam ze zdecydowanie bardziej odczuwalną stabilizacją dla nóg, szczególnie kostek i stóp. Ale same buty nie biegają, ani trochę, więc nie ma co fetyszyzować.

I refleksja na koniec o magii starego lasu i jego mieszkańcach, bo od samego początku było tak, że natrafiliśmy na nich. W dniach sierpniowych na ścieżce widziałem chrząszcze biegacze, gdzieś w trawy uciekały jaszczurki. Słyszałem dzięcioły i widziałem wiewiórki. Potem był zając, a gdzieś z końcem września na ścieżce spotkałem lisa, który oczywiście uciekł dosyć szybko na widok psa. Potem natknałem się też na lisa biegając nocą wokół jeziora Malta w Poznaniu i wówczas podbiegłem do niego na odległość trzech kroków, bo stał na środku ścieżki i przyglądał mi się bez strachu. To był lis miejski. W październiku ujrzałem pierwsze stado saren, może z dziesięć przeszło przez ścieżkę, która biegłem. Baba chciała bardzo do przodu, ale trzymałem ją i spokojnie obserwowałem to zdarzenie. A całkiem niedawno w oddali zobaczyłem dostojnego jelenia z okazałym porożem, który na mój widok po krótkiej chwili spokojnie wsunął się z powrotem w czeluść lasu. I wówczas, w tej krótkiej chwili pojawiła się ta refleksja jakim trzeba być kretynem i zwyrodnialcem, żeby strzelać do tych zwierząt. Skąd ta potrzeba zabijania i jeszcze sankcjonowanie tego przez władze, przez państwo, skupianie grup zwyrodnialców w organizacje, rozrywki spasionych osobników z przewieszoną bronią i czających się w doskonale przygotowanych miejscach strzeleckich (mijam takie ambony podczas biegania). Takie myśli przebiegły przez moją głowę, gdy biegnąć zatrzymałem sie na moment przed tym majestatem jelenia, przed pięknem jego sylwetki i tym jak rozpłynął się tak, jakby go wcale nie było.