Listopadowy tranzyt

Wymyślałem siebie na nowo i zasypiałem od tego, leżąc na marmurowych schodach termalnego basenu. Znów Budapeszt tylko nocą i zza szyby wynajętego samochodu, z radiem retro. Wszystko przeżyć jeszcze bardziej i wpamiętać w siebie.

Berlin. Warszawa. Budapeszt.

 

Przez chwilę jednak to było Zabrze; całe życie w samochodzie. Pierwszego listopada, ciepłe mgły wieczoru, Zaborze, Centrum, Mikulczyce. Przeszłe życie skurczone, albo życie zbiegłe z miejsca wypadku. Jedyne rozwiązanie – znów odkorkowana butelka.

Jesień, czas odnajdywania kryjówek. Moszczenia się w nich i przeczekiwania. Zagrzebywania się w sterty liści Berlina, w kilkudniowe obozowiska, w powroty w te same miejsca i odkrywanie nowych, ale nieznacznie intensywnie. Niespełnienie bywa sycące. Liście Tiergarten spadają wprost pod nogi. Metro ma ten sam zapach. Jestem sentymentalny, więc kiedy tylko jadę do Berlina, słucham “Achtung Baby”. Uwielbiam ten moment, gdy autostrada wpuszcza mnie nagle w jakąś berlińską ulicę jak rybę, którą właśnie wypuściło się z haczyka z powrotem do rzeki. A to przecież za każdym razem jest w pewnym sensie inna rzeka niż poprzednio. Kawa w listopadowym słońcu poranka przy Kastanienallee. Kolekcja Kaweco. Moja notesomania. Na Kreuzbergu koncert Father John Misty. Wieczór z dwiema czeskimi nastolatkami. Hostelowe qui pro quo. Zasypiania i przebudzania. Hipster robiący sobie śniadanie z płatków, świeżej mięty i granata, że też na to nie wpadłem. Wieczory zbyt szybko zaciemniające ulice. Zapalone okna na poddaszu Kreuzberga, gdzie przecież chętnie zamieszkałbym, zamiast ciągnąć tu setki kilometrów i to nie częściej niż raz do roku. Wysiadka na Kotti i prosta droga Pod Zielonego Słonia. To jest ta pora, kiedy przy barze rozmawiasz z dymem na Heinrichplatz. Jesteś w wieku wysokiej gorączki. Wyjdziesz z tego, nic ci nie będzie, ale póki co tylko wszedłeś do Zielonego Słonia. Rozpuszczanie wieczoru w dymie. Zabieram kilka książek, których przecież nie przeczytam. Baklava i turkish tea późną nocą. Jak co roku, u tego samego Turka. Nagłe oznaki nadchodzącego przeziębienia leczone farmakologicznie i przy pomocy zakupionych w zdrowotnej otulinie Gorlitzer Park naturalnych medykamentów. Dobrze jest iść przed siebie i nie poddawać się. Dobrze ci wchodzi płynna wymiana zdań ze sobą. Ale nic z tego nie wyjdzie. Nocy nie zależy przecież na rozumieniu czegokolwiek, ale zawsze będzie gotowa cię wysłuchać. O tym rozmawiasz z dymem przy Heinrichplatz? Czy raczej wypuszczasz to z dymem klecąc przy okazji bełkotliwe zdania. Jesteś w wieku wysokiej gorączki. Wyjdziesz z tego, ale póki co wszedłeś do „Zum Elefanten”. I kiedy tak siedzisz sam przy barze, to obok dosiada się facet z kobietą. Tak, jesteś tym odwróconym plecami mężczyzną w kapeluszu z najsłynniejszego obrazu Hoppera. Nie wysyłasz żadnej wiadomości. Słowa, które napiszesz będą bez znaczenia i nie opowiedzą żadnej historii.

Potem już Warszawa cała w narodowych flagach. A wolałbym, żeby była „taka kolorowa” jak w tej starej piosence Wilków. Chodziłem tam, gdzie jak mi się zdawało nie było aż tyle Polski. A ona i tak tam była, „mam cię”. Byłem nadal chory, tylko bardziej. A może zwyczajnie wyczerpany. Nocą Gombrowicz, czy podwyższona temperatura. Mieszkałem w starej kamienicy i na fortepianie ktoś grał Szopena. Przed wojną jedno z mieszkań zajmował tu były prezydent, a w czasie wojny budynek cudem ocalał, choć stoi przecież nieopodal Krakowskiego Przedmieścia. Podobało nam się w tamtej ciszy i przytulnej niewielkiej izbie pełnej starych mebli. Może dlatego, że w naszym domu też są bardzo stare meble. I dużo zwierząt. Przytulamy stare, pogubione życiowo koty ze schroniska i zmieniamy im co jakiś czas imiona. Tak, zbyt wiele na tym świecie jest nowych rzeczy właśnie. A potem ze wszystkich szczelin miasta wypełzł ten uzbrojony we flagi i chińskie opaski powstańcze bojowo nastawiony rój. A ja wyczuwam podskórnie złe emocje, nienawiść, a to aż dotykało mnie wtedy. Próbuję ich zrozumieć, że to dobrze pod pretekstem dobrej zabawy wykrzykiwać swoje złości i frustracje, które podzielają podobni sobie w wywarze Polski z kością. Być kibicem i patriotą to teraz ważne zadania. I zostawiłem cię na peronie, gdzie trudno tak zostawiać, szczególnie i właśnie na peronie. Pociągi zdają się wówczas jechać w nieznane.

Zostawiłem cię na peronie i sam wsiadłem do samolotu, który w godzinę przerzucił mnie na Węgry. Pierwsze, co istotne – zamknęli tę bezimienną knajpę, w której zapisywałem w ubiegłym roku budapesztański notatnik, a o kultowości której, potem doczytałem u Krzysztofa Vargi, więc ją zamknęli i to “forever” jak poinformowała mnie barmanka z sąsiedztwa. Teraz jest byle jaka knajpa z byle jakim stolikiem w byle jakim miejscu, gdzie można się napić Drehera i posiedzieć późno w nocy. Bo w Szimpli to nie możliwe, ani gdzie indziej. Zagubiłem się tylko w jej psychodelicznych zaułkach, otulony szprycerami prowadziłem nocne rozmowy po rosyjsku. Inaczej się nie dało. Znów byłem w starej tureckiej łaźni Rudas. Wymyślałem siebie na nowo i zasypiałem od tego, leżąc na marmurowych schodach termalnego basenu. Znów Budapeszt tylko nocą i zza szyby wynajętego samochodu, z radiem retro. Wszystko przeżyć jeszcze bardziej i wpamiętać w siebie. Tym razem hotel w okolicy dworca Keleti, więc nieco zbójecka okolica, i gdy idziesz późno nocą śliczne prostytutki zadają tylko jedno pytanie, złożone z jednego słowa. Ale po paru przecznicach wszystko przecież zmienia się. Tak jest by stawało się inaczej.

W przepięknej Müpa koncert Father John Misty. Mój trzeci w tym roku w europejskiej części jego światowego tournee “God’s Favourite Customer”. Kompletna niespodzianka i prezent od węgierskiego przyjaciela, z którym dyskutujemy w wolnym czasie zaciekle o albumach The Rolling Stones. A ja niezwykle sobie cenię jak ktoś ma wiedzę w takich obszarach większą od mojej i jest sens takiej dyskusji. Chyba najlepszy z tych trzech występów. W imponująco dużej sali koncertowej. Nie sądziłem, że Węgrzy zapełnią wszystkie miejsca. A okazało się, że było ich tak na moje oko znacznie więcej niż w Warszawie i w Berlinie. Father John Misty w znakomitym nastroju i formie, opowiadał jak przez kilka dni włóczył się po budapesztańskich ulicach i był pod urokiem tego miasta (o czym nie wspominał ani w Warszawie, ani w Berlinie).  Genialna akustyka pozwalająca na dokładne wysłuchanie wszystkich wielebnych psalmów. Nie sądzę, abym przestał kiedykolwiek chodzić na koncerty Tillmana. I jeden to stanowczo za mało, kiedy trzy to niedosyt, ale z niedosytów klecie się życie. Zoltan podzielał mój zachwyt mimo, że był to dla niego niemal pierwszy kontakt w twórczością Josh’a Tillmana. Biliśmy brawo, wyrażaliśmy zachwyt, a czasami po prostu brak słów, między utworami. Każdy dźwięk i każde słowo od pierwszej do ostatniej nuty było na miejscu, właściwe i odegrane magicznie.

Widzisz Zolti, wspomniałem ci o tym koncercie, bo czuję, że twoja węgierska, i moja polska dusza są do siebie bardzo podobne. I nasza wrażliwość w tym świecie pozwalają nam spotkać się na takim wydarzeniu ja to – wyznałem mu potem, gdy jechaliśmy samochodem przez nocny Budapeszt. A to przecież nie powinno być łatwe wyznanie, choć takie było.

– Zgadza się, Greg, też to tak czuję.

A potem byłem gdzieś w Zabrzu, wszedłem do kawiarni, której dawno nie ma i zamówiłem sobie eklerka i flat white, choć obu rzeczy nigdy bym nie zamówił. Miałem duży portfel wypchany banknotami. To było euro z Berlina, złotówki z Warszawy i te forinty o dużych nominałach z Budapesztu. Chciałem zapłacić, wszystkie te banknoty sklejały się ze sobą i trudno było oderwać od siebie. Obsługująca mnie ekspedientka miała na twarzy tą sama zaciętość, którą ma ta kobieta, prowadząca skup odpadów, gdzie wywożę gruz. Ale to był już tylko sen, niewielki samolot pasażerski Bombardier schodził do lądowania.

 

Berlin – Warszawa -Budapeszt, 01 – 17 XII 2018

 

PS.

Setlista koncertów w Berlinie i Budapeszcie była ta sama. W porównaniu z Warszawą nastąpiły zmiany na korzyść w ułożeniu kolejności utworów oraz kilka zmian w repertuarze, np. świetnie, że pojawił się „God’s Favourite Customer„, szkoda, że nie było „Strange Encounter” :

Hollywood Forever Cemetery Sing | Mr. Tillman | Disappointing Diamonds Are the Rarest of Them All | Nancy From Now On | Chateau Lobby #4 (in C for Two Virgins) | Total Entertainment Forever | Things It Would Have Been Helpful to Know Before the Revolution | Ballad of the Dying Man | Hangout at the Gallows | I’m Writing a Novel | When the God of Love Returns There’ll Be Hell to Pay| I Went to the Store One Day | Please Don’t Die | Real Love Baby | God’s Favorite Customer | Pure Comedy | Holy Shit

Encore: The Palace | I Love You, Honeybear | Date Night