Myśli o tym, aby pozwolić sobie pisać. 

Może właśnie tu, nad jeziorem. Jest mazurska cisza wokół mnie i przyzwyczajam się do w niej wsłuchiwania. Ciszę poza ciszą tworzą ptaki, szum drzew, trzcin i źdźbła gęstych traw, pianie koguta z pobliskiej wioski, owady w locie i owady w poruszeniu. To naprawdę miejsce, gdzie nie ma nic więcej. Chyba, że swój udział w ciszy ma też stary, nadjedzony przez korniki stół przy którym siedzę i sunąca po papierze czarna linia stalówki wiecznego pióra. Rozpostarty ponad stołem żagiel przeciwsłoneczny łopocze jak żagiel jachtu na jeziorze, gdy złapie drobniutki szkwał. I lekki smoth jazz domowych much. 

Odtwarzanie z pamięci 2019 roku jawi go jako czas krótkich, intensywnych podróży, po których zostały rachityczne notatki pozwalające poczuć zapach uliczek Monzy i Mediolanu, okolice Charenton-Écoles, ale i tamten cały paryski półmaraton tak kiepsko przebiegnięty, stara droga do Pragi i chłodne piwo w upalnym Žižkovie, wakacje w Berlinie. Dziwne dni w Amsterdamie.  Czas festiwali i czas biegania. Kilka nowych dobrych płyt, parę książek. Sporo wyjazdów do Warszawy. Odnotowuję tylko dla umiarkowanego porządku. Miałem w tym wszystkim 42 lata. Minęło, niewiele z tego będzie zapamiętane. „Jak słowa niszczeją lata nasze” – nie ma dużo optymizmu w tych słowach, ale jest ważna przestroga. To z książki Ernesta Wiecherta „Proste życie”, znalezionej na półce w drewnianym domu nad jeziorem.